• Wpisów:141
  • Średnio co: 21 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 00:04
  • Licznik odwiedzin:29 104 / 3028 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Uwielbiam moje studia. Wykładowca nie przyszedł na zaliczenie, 1.5 godziny stania jak kołek pod salą 4fun. Z roku na rok na tym wydziale jest coraz gorzej, a ten rok organizacyjnie pobija absolutnie wszystko, wszystko leży i przysięgam, nie ma w tym cienia przesady. Dobrze, że stąd uciekam.
Tak poza tym mam 2 zaliczenia i egzamin jutro, będzie wesoło. A potem nie ma odpoczywania, o nie! Do pracy rodacy (4 dni z rzędu)!
A potem jedziem z maturką!
  • awatar Stawonog: @tajemniczybluznierca: Matmę na podstawce, historię rozszerzoną i angielski rozszerzony, ale to ostatnie to najmniejszy problem ;) Historia mnie przeraża :P
  • awatar tajemniczybluznierca: co zdajesz na maturze?
  • awatar mała czerwona kuleczka: O jej, przypomniał mi się mój wykładowca. Na ćwiczeniach z masażu zawsze po demonstracji mówił nam: 'Do pracy rodacy!' <chichocze>
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
M. dostał wstępną propozycję od promotora publikacji i/lub konferencji.
Czuję się jak totalny retard przy nim. On dostaje propozycję rozwoju naukowego, a ja w tym czasie podaję kawę. On szykuje się na doktorat, a ja usiłuję zdać maturę, tym razem z właściwych przedmiotów i dostać się na jakieś normalne studia. On będzie wybierał jakiś zajebiście naukowy temat na mgr, a ja będę walczyć o przetrwanie na 1 roku, próbując przy tym odpędzać myśli o zaszkodzeniu sobie w jakiś sposób.
Boję się zasypiać. W ogóle, po kurde 10 latach odkryłam, że tak naprawdę ja też się stresuję różnymi rzeczami. Tyle, że ja tego nie uzewnętrzniam jako tako. Trudno to wytłumaczyć, ale nawet tego chyba (zazwyczaj, bo zdarzają się ekstrema) nie odczuwam. W momentach powszechnie uznawanych za stresujące po prostu w różny sposób sobie szkodzę. Palnie fajek, picie alkoholu, czasem jakieś leki w różnych kombinacjach i dawkach oczywiście pomijam, ale to, że nagle z przyczyn nieznanych muszę sobie rzygnąć z 3 razy dziennie jest już trochę nie do przeoczenia. Albo że nie wiadomo o co chodzi, ale w sumie jestem wiecznie podrapana.
W każdym razie, robiąc kolejny skok - straszliwie się cieszę możliwością publikacji M., zwłaszcza, że naprawdę sobie zasłużył. Kurde, byłoby przecudownie!
Boże, jestem pokemonem.
 

 
"We need to talk about Kevin" - film nie dla każdego, osobiście polecam. Dla osób lubiących psychologiczne dramaty i filmy wymagające myślenia (nie jest jakiś trudny w interpretacji, ale w stosunku do tego, co się puszcza w kinach zazwyczaj, to mimo wszystko można przeżyć szok ;)).

Co za ironia losu, piszę pracę o wpływie internetu na różne elementy rzeczywistości społecznej (wojsko, ruchy społeczne, nieco zahaczam o gospodarkę i politykę, bo to się po prostu z tym wiąże), a tutaj rzeczywistość sama dostarcza mi materiałów (akcja SOPA, blokada niektórych amerykańskich serwisów, działania Anonymous). Jak ślepej kurze ziarno :)
 

 
You can get addicted to a certain kind of sadness.
  • awatar Stawonog: @Lena91: Tak. Obrzydliwie modne ostatnio, ale o dziwno - bardzo mi odpowiadające, zarówno muzycznie, jak i merytorycznie :)
  • awatar Lena91: Gotye? :)
  • awatar Stawonog: So SwEeT
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Jestem pojebana. Narzekam na brak czasu, że nie mam kiedy przysiąść do matury (serio nie mam, sesja, praca), a jednocześnie wysyłam swoją kandydaturę na płatny staż studencki w urzędzie miasta (18godz/tyg.).
Jestem pojebana!
 

 
Jestem Adasiem Miauczyńskim.
Wszyscy się pytają, co zrobiłam w czoło, bo niczym Adaś epicko przywaliłam i mam szramę. Nie wiem jak to się dzieje, w przeciągu ostatniego pół roku, to 3 podobny przypadek, takie rzeczy ciągle mi się po prostu dzieją.
Mam chyba jakieś dysmózgowie.
 

 
Unloved.
Żyję na zmianę w głębokiej euforii, coraz częściej sponsorowanej przez alkohol i totalnym zobojętnieniu.
Wniosek? Muszę się upić.
I feel so unloved and useless.
Jeśli chcę coś zmienić w swoim życiu, to muszę z czegoś zrezygnować - bo studia dzienne, 3 prace, chłopak i intensywna nauka matmy i historii jakoś tak mi nie wychodzą.
I teraz najlepsza część - nie mogę z niczego zrezygnować, więc na zawsze zostanę tumanem po socjologii. Zakładając, że w czerwcu uzyskam licencjat.

edit:
Zgubiłam kartę egzaminacyjną i ulubioną czapkę. Jestem ofiarą losu.
 

 
Nie chce mi się pisać tych wszystkich prac zaliczeniowych. A jeszcze bardziej nie chce mi się uczyć do matury.
Na pewno jak zacznę inne studia, to z moim nastawieniem będę odnosić same sukcesy.
 

 
Idę sobie uczelnianym korytarzem, klnąc na cały świat, bo zajęcia, na które się zwlokłam po 3 godzinach snu się nie odbyły. Spotykam wykładowcę w czerwonych portkach, który oferuje mi pracę.
Świat oszalał czy mi się tylko wydaje?
  • awatar Stawonog: @Wonder Woman: Obecnie socjologię, od przyszłego roku (chyba) logistykę ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Wszyscy się zaręczają, zachodzą w ciążę, kto by pomyślał, że ten czas, kiedy staje się to codziennością nadejdzie tak szybko?
Jestem strasznym dzieciuchem, bo ja w takich rolach, o ile w ogóle, to widzę siebie najszybciej za 10 lat.
Może mi się jeszcze odmieni, kto wie.
Poza tym śpię po 2 godziny dziennie, nie mogę spać, nie mogę myśleć, więc robię wszystko bezrefleksyjnie, historię dłubię automatycznie i bez zrozumienia i mało, za mało ciągle. Jestem wykończona.
I muszę zmienić pracę na ambitniejszą, bo przecież nie mogę całe życie za barem stać. Tylko nie wiem co, ja zaraz studia zmieniam, nie wiem czy jest sens.
Chcę spać. I jeść, jestem ciągle głodna, ale po świętach czas na przystopowanie.
Tu przystopować, tam ruszyć z kopyta, gubię się już powoli i robię wszystko na odwrót i źle.
 

 
Połowa moich znajomych, wchodząc w związek traci mózg, za to ich facebook niewątpliwie zyskuje na treści. Na wartości mniej, ale co ja tam wiem, może te opisy po 3 dniach zajebiście dojrzałego związku z mnóstwem 'Skarbeńków', ''kochamciów' i innych ':*:*:*:*' są fajne.
Jak można wiedzieć, że się kogoś kocha po 3 dniach bycia razem, ja się grzecznie pytam.
Chce mi się rzygać za każdym razem jak wchodzę na facebooka (i nie, nie skasuję go, bo tak naprawdę mam wyjebane). Albo ktoś tam sra tęczą przez swój nowy związek i daje temu wyraz właśnie w sposób wyżej opisany, albo prowadzi szczegółowy pamiętnik, uaktualniając status co najmniej 5 razy dziennie i to informacjami pt. 'zjadłem pizzę'.
Ideałem jest, jak popełnia oba te czyny, nosz maj fejwrit.
Skąd ten skrajny ekshibicjonizm w ludziach?
 

 
Posprzątałam M. pokój, wywaliłam przy tym 3 siatki śmieci różnorakich i 1 siatkę pustych butelek po alkoholu. Butelki z szafek w korytarzu zostawiliśmy w spokoju, nie przeszkadzają. Te na ziemi były o tyle upierdliwe (i zapewne niebezpieczne), że zaczynały przejście tarasować.
Żyjemy w melinie, to przeraża.
Zastanawiam się, czy mój chłopak czasem nie jest pół-człowiekiem, pół-chomikiem, bo jego tendencja do magazynowania wszystkiego 'w razie żyda' jest co najmniej na to wskazująca.
Kupił mi za to obiad, tak więc do tego doszło - sprzątam ludziom mieszkanie w zamian za szamę.
Osiągam szczyty prokrastynacji, czytam miliony publikacji na temat tego jak się uczyć, jak robić to efektywniej, jak się uczyć historii, z czego się uczyć, co warto przeczytać oraz dlaczego pryszcze są brzydkie. Mój umysł chyba po prostu nie dopuszcza do siebie faktu, że żeby dobrze napisać jakikolwiek egzamin, należy po prostu zacząć się na niego uczyć, jakąkolwiek techniką. Całe moje życie to zastanawianie się nad tym, w jaki sposób coś zrobić, zamiast po prostu to robić. Mam absolutnie każdą teorię opanowaną do perfekcji, szkoda, że to w żaden sposób nie ułatwia ani tez nie ułatwi mojego życia.
Poza tym zapisuję się na aqua aerobic, czyli sport dla emerytów. Do czego to doszło, że oto robię takie rzeczy przed 30tką, przeklęte świąteczne pierogi.
 

 
Siedzę sobie spokojnie z herbatką z miodem w jednej łapce i ciachem w drugiej i rozmyślam, że przytyłam chyba z 10kg i trzeba coś z tym zrobić. Nie żebym miała jakieś zabójcze plany na sylwestra, ale jakoś tak nieekonomicznie ważyć wtedy 10 kg więcej, bo zasadniczo może to stanowić przeszkodę do nawalenia się jak szmata.
Więc obmyślam ten mój master plan 'zero węglowodanów do sylwestra, to może zacznę przypominać siebie', a tu M. wyskakuje z tym, że dostał gofrownicę i testujemy jak wróci... No i oboje dostaliśmy po prawie 1kg opakowaniu cukierków 'celebration'. I po 300g czekoladzie.
Mamy do tego jeszcze kupony do pizza hut do wykorzystania do końca roku oraz w planach własną pizzę w sobotę jako podkładzik.
Tak więc 'Nadwago, przybywam!'
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Zjadłam tyle pierogów, że lada chwila pewnie zamienię się w pieroga, w zgodzie z hasłem 'jesteś tym, co jesz'.
  • awatar tajemniczybluznierca: @Stawonog: Nie nie, właśnie się dowiaduje, że ten zwyczaj to nie w każdej części Polski...
  • awatar Stawonog: @Lena91: To jest już najzwyczajniej w świecie niedopuszczalne i kwalifikujące się do zgłoszenia do Rzecznika Praw Obywatelskich! Święta bez pierogów? Skandal! :D
  • awatar Lena91: oj to chyba ja będę bardzo biedna w tym roku :P u mnie na stole Wigilijnym w tym roku pierogów w ogóle zabrakło!!! ;p
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Ostatnie prezenty kupione, papier do pakowania zdobyty. Zasiadam więc do owijania i co?
Nie ma taśmy klejącej.
  • awatar Stawonog: Myślę, że to po prostu złośliwość rzeczy martwych ;) Tak samo jest z długopisami w torebce, niby są, a jednak zawsze muszę pożyczać.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Wczoraj wymieniliśmy się prezentami, Luby otrzymał opasłe tomiszcze 'Lodu' Dukaja (ależ ja kreatywna!), bez torebki prezentowej, tylko w siatce z empiku, bo nie zdążyłam (ależ ze mnie estetka). M. stwierdził, że to dobrze, bo on nie lubi torebek, kosztują 5 zł, więc woli 2 piwa.
Zatem umówiliśmy się, że nigdy nie damy sobie niczego w torebce, tylko po bożemu, prezenty będą leżakować w otoczeniu piw, które potem wspólnie żłopać będziemy.
Od niego dostałam kubek termiczny, tak jak chciałam (ze Starbucksa, jest lans. To nic, że w życiu tam kawy nie piłam, ale podobno kubki mają dobre, niecieknące ;) No i jest lans, że aż powtórzę, bo taki lans). W kubku znalazłam parę kolczyków z dr Housem 'bo Twoje z Housem się rozkompletowały', uroczo, czyż nie? :)
A potem po ludzku otworzyliśmy wino i wypiliśmy butelkę. Gdyby dorzucić do tego pizzę, to otrzymalibyśmy definicję idealnych świąt ;)
Btw - starzeję się. Zaczynam doceniać smak wytrawnego wina, półsłodkie uważam za za słodkie. Kto by pomyślał, taki awans społeczny z 'Leśnych dzbanów'.... ;)
 

 
Jako że nie mam na nic czasu, to postanowiłam wziąć dodatkową fuchę przed świętami.
Brawo, brawo!
Chyba muszę ukrócić mój sen o kolejne 2 godziny i zacząć przyzwyczajać się do 5 godzinnego snu, bo trochę mi doby zaczyna brakować. Poza tym nie mam pojęcia, co przyrządzić na wigilię 'pracowniczą' w mojej kawiarni. Pozabierali mi wszystko, co potrafię zrobić i na co mam czas i dupa. A to już jutro, eh.
I jeszcze prezenty muszę kupić.
I zrobić kadry firmie przed świętami, bo prosili.
I INTENSYWNIE uczyć się historii.
Oraz matmy, już niezbyt intensywnie na szczęście.
Że już nie wspomnę o wszystkich zaliczeniach na studia...
Oraz nawalić się w sylwestra muszę.
I zadbać o siebie powinnam.
Same obowiązki...
Jak żyć, Panie Premierze, jak żyć?
  • awatar igniis: Najbardziej podoba mi się ten sylwestrowy obowiązek. Dasz radę ;) A szame na wigilie zawsze możesz w jakiejś garmażerce kupić. Nie wyda się :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Postanowiłam zdawać, poza historią, również matematykę, bo gorąco rozważam Uniwersytet Ekonomiczny. Okazuje się, że nowa matura z matematyki (podstawa) jest przebanalna, więc ze zdaniem nie powinno być żadnych problemów, nawet dla takiego antytalentu jak ja, który miał ostatnio styczność z tym przedmiotem 3 lata temu. Kto by pomyślał... :)
Mam pewnie, dość uzasadnione obawy co do tego, czy sobie poradzę na takich studiach, ale staram się je odpychać. Nabrałam nowej energii, zyskałam motywację, mogę znowu powrócić do intensywnej nauki historii. Jestem jak nowo narodzona :)
  • awatar tajemniczybluznierca: pozazdrościć, jakbyś tylko jeszcze mogła się podzielić motywacją ze mną to byłbym wielce wdzięczny :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Czuję się osamotniona, niekochana, nierozumiana i odsunięta. I w dodatku życiowo nieudana.
Staram się być silna, bo lubię silne kobiety, trzymam emocje na uwięzi, bo nie lubię rozhisteryzowanych osób.
Ale rozpadam się, chudnę (co akurat, umówmy się, jest dobrem w moim przypadku), nie mam apetytu, za to jak nigdy piję kakao litrami i zaczytuję się w science-fiction.
Nic mi w życiu nie wychodzi, poza tym nieszczęsnym kakao. Za nieco ponad pół roku będę miała wyższe wykształcenie i dalej będę pracować jako jakaś barmanka, sprzątać biuro i chwytać się chałupnictwa. Drugich studiów pewnie nie zacznę, bo jestem za tępa, zbyt leniwa i w ogóle zbyt i za mało jednocześnie.
Jestem przekonana, że gdyby zamiast mnie, w moje życie podłożyć jakąkolwiek inna istotę ludzką, to wszystkim pokierowałaby lepiej.
Harder, better, faster, stronger kurwa.
Życie wręcz sra na mnie okazjami, szansami, świetnymi ludźmi, potencjałem, a ja wszystko przepuszczam, wszyściuteńko. Życie mnie przeraża, a przez to przerasta, a ludzie mają na mnie w gruncie rzeczy całkiem zdrowo wyjebane.
Nie mogę się pozbyć natrętnej myśli, że M. w końcu się zorientuje jak tępa jestem i jak mało wiem i zrezygnuje na rzecz kogoś, kto nieco bardziej ogarnia wszystko.
Jestem porażką na każdym polu.
So pathetic.
  • awatar igniis: Póki mu nie powiesz nie zorientuje się. W ogóle mam to samo mniej więcej. Wiem jedno - trzeba udawać, że jest się kimś zupełnie odwrotnym... z nadzieją, że w końcu wejdzie nam to w krew i rzeczywiście staniemy się gwiazdami szołu i biznesu. Dupa w troki, koniec marudzenia i do roboty. Nie czekaj na okazję tylko stwórz ją sobie sama.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Jestem antytezą kreatywności. Absolutnie niczego nie tworzę, nie tworzyłam i nie stworzę. Jest to o tyle dramatyczne, że otaczają mnie jacyś bogowie kreatywności, kreacjonizmu, kreatyny i porostu włosia w ogóle.
Jeśli chodzi o życie, to wszyscy wkoło są mniej więcej na 80 lvlu, podczas, gdy ja biję się z jakimiś kartonowymi stworami na levelu 20. Tak więc, gdyby metaforą życia był Word of Wordcratf, to zasadniczo lizałabym stopy palladynom. Czyli, nie przymierzając, najbardziej żałosnym z żałosnych postaci.
 

 
Chyba mi się płeć zmienia, żrę ostatnio jak facet. Ba, wcinam za całą drużynę rugbistów!
 

 
Microsoft zaprosił M. do Warszawy na ostatni etap rekrutacji. To takie żałosne, ale chyba niczego bardziej nie pragnę, jak tego, żeby mu się udało i się dostał.
Oczywiście na samą myśl o 3 miesiącach w dwóch różnych strefach czasowych chce mi się wręcz rzygać, ale tym się będę martwić później, jak się uda. Tak czy inaczej - byłabym najszczęśliwszą w swym nieszczęściu osobą na świecie (ach, jakie to egzaltowane!) i straszliwie bym chciała, by go wzięli.
Jeśli chodzi o moją marną egzystencję, to dostałam od siostry 4 ksiązki (spóźnione urodzinowe), dzięki czemu kolejka moich książek do przeczytania wydłużyła się do jakiegoś miliona oczekujących. Na horyzoncie mam też firmę 12 os., której może będę robiła kadry i płace, co zapewne przyspieszyłoby moją decyzję co do zakupu laptopa. Oraz decyzję do podjęcia z siostrą o zainwestowaniu w program kadrowy. I o ewentualnej wyprowadzce. Tudzież ułatwiłaby decyzję o zainwestowaniu 3 tys. w bilety lotnicze do JuEsEj. Albo na dziwki.
Prócz tego ankietki zakończone (nigdy więcej tego gówna), za to dostałam tradycyjnie koperty do adresowania, bo jakieś odmóżdżające zajęcie, dopasowane do mojego poziomu muszę przecież mieć.
 

 
Nie wiem, jak mam rozmawiać z tymi wszystkimi emerytami i przeprowadzać z nimi ankietę, kiedy jedyne, o czym jestem w stanie myśleć obecnie, to seks.
I herbata, ale to się nie gryzie z ankietkami.
 

 
Wydałam dzisiaj z 4-5 stów, czyli jakieś 2/3 mojej miesięcznej krwawicy. Mam nadzieję, że przynajmniej przestanę marznąć dzięki temu.
Rozmowa M. z Microsoftem trwała 13 min, nie wiedzieć czemu bardzo o wiedzę pytali, czego podobno wcześniej nie robili, a tu wyszedł z tego taki mały egzamin inżynierski. Czas rozmowy też dłuższy w stosunku do jakiegoś tam standardu - pytanie, czy to dobrze, czy źle.
Ja sprawdziłam koszta ubiegania się o wizę, wyrobienia paszportu (stracił ważność) i ceny biletów lotniczych do USA i mam ochotę pobiec do sklepu i zwrócić wszystko oraz poważnie rozważyć prostytucję.
Alternatywą jest siedzenie 3 miesiące samej w Poznaniu i parzenie kawska klientom.
Bo oczywiście zakładam, że wszystko pójdzie jak po maśle i się Chłopie dostanie :)